Wstali i ruszyli w jej stronę; dzieliło ich ponad sto metrów. Próbowali biec; Adam
walczył z bólem nogi robiąc większe kroki tą, która go nie bolała. W końcu, kiedy dobiegli do
skrzyŜowania przystanęli na chwilę. Iweta biegła dalej, teraz powoli, na resztkach sił
wyłuskanych nie wiadomo skąd; była juŜ tylko małym punkcikiem przy ich domu, ledwo
widocznym w bladym świetle księŜyca, który świecił tego dnia wyjątkowo mocno.
- Biegnij za nią, a ja poszukam Marka!
Rozdzielili się – Adam ruszył ścieŜką przez las, a Karolina opadając z sił biegła ich
ulicą.
Iweta dobiegała już do ganku; wchodząc na niego potknęła się o schodek i upadła. Nie
myślała o zmęczeniu; czuła je w swoim przyspieszonym oddechu, w bólu gardła, w bolących
nogach, ale nie myślała o nim. Wstała i szarpnęła kilka razy za klamkę. Pamiętała, Ŝe czuła
się już w ten sposób kiedyś, Ŝe już kiedyś chciała zrobić to, co miała zrobić teraz. To było
dawno temu, i wtedy teŜ została sama, i wtedy teŜ mówiła, Ŝe to przez nią; ale wtedy była
jeszcze jakaś szansa na ratunek, jakiś promyk nadziei, Ŝe może jeszcze kiedyś, przy
szampanie i zachodzie słońca, które nie wiedziało, Ŝe potrafi być takie pęknę… i wtedy też
bardzo chciała go jeszcze raz zobaczyć.